Posted On: August 10th 2026, 05:06 am
Kafka do kwadratu. Albo i jakiejś wyższej potęgi. Atmosfera tej książki jest tak ciasna i klaustrofobiczna, że przez prawie całą lekturę miałam wrażenie, jakbym chorowała na dyfteryt.
Miasto, do którego przypadkiem trafia bohater, właściwie się nie kończy i nie sposób w nim znaleźć to, czego się akurat szuka (np. dworzec kolejowy). Leży nie wiadomo gdzie, bo tłoczą się w nim masy ludzi ras wszelakich. Język jest tak dziwaczny, że nawet biegły językoznawca nie może odkryć rządzących nim reguł i kryjących się za poszczególnymi wyrazami znaczeń. Jest tu o zagubieniu, o niezdolności porozumienia, o samotności i potrzebie miłości.
Tylko ja mam jednak taki problem, że wszystko to już było i to w podobnej, onirycznej formie. Byliśmy z kafkowskim Józefem w sądzie i u adwokata. Nihil novi. I jeszcze mam drugi problem - że człowiek jednak nie jest w świecie AŻ TAK samotny. Muszę jednak oddać Karinthy'emu, że pozostawia jakiś promyk nadziei. Albo światełko w tunelu. Albo światło w tunelu...
Epepe • Ferenc Karinthy • Wydawnictwo Literackie • oniryzm • surrealizm • Kafka vibe