Posted On: October 17th 2026, 02:24 pm
No i ja w sumie, jak się dowiedziałem, że Szczepan Twardoch w nowej powieści powraca na Górny Śląsk, do sierpnia 1920 roku powraca, do przestrzeni rozpiętej między polskością a niemieckością również powraca, to bardzo czekałem. I w samym środku tej historii znajduje się Wilhelm Pisulla. Znajduje się człowiek, który mógłby się wydawać na pierwszy rzut oka kolejnym bohaterem czy też antybohaterem Twardocha. Jest niby podobny do tych bohaterów, albo bardziej antybohaterów, znanych z „Króla” czy z „Pokory”, ale Pisulla jest nieco inny. Ma dwie dusze i rozumie mowę ptaków. I ja już od pierwszych rozdziałów główkowałem, myślałem, o co z tym chodzi, i miałem domysły, ale oczywiście me domysły były nietrafione. Ale o tym później albo w ogóle. I w sumie chciałbym to powiedzieć już teraz, choć miało być na końcu, ale „Waldkauz” to dla mnie najlepsza książka autora od czasu „Pokory”, bo tu Szczepan powraca do tego, co dla mnie w jego twórczości najlepsze i najważniejsze. Jasne, nie jest to poziom tak wysoki, jaki pisarz ten zaprezentował w „Drachu” czy „Królu”, ale cały czas jest wysoki. No Szczepan wraca do prawdziwych, ludzkich relacji, do wielkich wydarzeń historycznych i do tego, jakie konsekwencje one ze sobą niosą, jaki ślad w człowieku pozostawiają. I to historia o historii, ale też historia o przyjaźniach, ale przede wszystkim o ojcu, który potomstwa szuka, o ojcu, który tropi, bo cóż właściwie może zrobić ojciec wobec historii, która zabiera mu dziecko? I to było takie smutne, takie serio, serio smutne. A tytułowy waldkauz, czyli puszczyk, wprowadza do tej opowieści wymiar symboliczny. I Wilhelm potrafi rozumieć mowę ptaków, ale to już wspomniałem, ale powiem więcej o tym potem albo w ogóle nie powiem. Powiem natomiast o tym, że pojawiają się znajome twarze z wcześniejszych powieści autora, ale to takie puszczenie oczka, które szczery uśmiech wywołało na twarzy mej. Niby pierdoła, ale miła pierdoła.
Ciąg dalszy w komentarzu.
Load More