Nie ma słów by opisać jak wyjątkowe były moje lata dwudzieste. Wchodziłam w nie jako studentka ASP, dzieląca pokój z koleżanką na gdańskim Wrzeszczu. Nasze łóżka w połowie były drewnianą płytą a w połowie zbyt miękką gąbką, a pomiędzy nimi kilkadziesiąt centymetrów, na których stały kubki po kawie (zawsze za dużo), leżały gwoździe po projektach z uczelni i stosy notatek z politechniki.
Pomiedzy tym a dziś było mnóstwo podróży. 90 państw, 5 kontynentów, spełnione marzenia, o których istnieniu nie wiedziałam. Konny trek w Mongolii, autostop na Saharę, dotarcie nad Bajkał, zobaczenie Patagonii, wiele długodystansowych szlaków, motocyklowa podróż przez kraje Afryki. Była też malaria, wypadek, wszawica, upadek z tego konia, na którym galopowałam po mongolskich stepach.
Ale to też dziwne lata, gdy nie do końca wiesz czego chcesz, gdy ciągle stoi się pomiędzy skrajnymi decyzjami. Gdy mówią Ci żeby korzystać, ale też żeby myśleć o przyszłości. Gdy w urodziny powtarzają Ci, by się nie zmieniać a to te zmiany oklaskują i to one sprawiają najwięcej frajdy. Gdy mówią by szaleć, ale też oczekują, by się “ustatkować”. W wieku 20 lat to mieszało w głowie.
Miałam to szczęście, że potrafiłam i MOGŁAM słuchać swojego serducha i głównie za nim podążać.
Dziś obudziłam się w swoim malutkim leśnym domu, z polnymi kwiatami w wazonie od dzieci, których 10 lat temu jeszcze na świecie nie było. Wypiłam kawę - taką jaką lubię, a kubek po niej zostawiłam na stole. Nie na podłodze.
Nie wszystko było idealne, ale nie zmieniłabym nic. I to jest sukces tej dekady. Nie zmieniłabym nic.
I jak co roku, od ośmiu lat, napiszę tutaj to samo: “gdybyś pozwolił mi wybrać i zamiast za nogi dolepilbyś skrzydła chyba bym podziękował - zamiast mi coś dodawać, wolę byś nie odejmował.”
Za kolejną dekadę.
#30