Instagram story viewer> @igzwro> Posts
3.2K
followers
542
following
MBC, HER2+, ER+, PR+
POSTS STORIES REELS TAGGED
Download All
Część 10. Krótko po tym, jak zaczęły się sypać włosy, pojechałam kupić perukę – taką jak na zdjęciu. Powiedziałam 7-letniej córce, że wypadną mi wszystkie włosy, bardzo się tym przejęła i chciała dla mnie odciąć trochę swoich, przykleić do papieru i zrobić mi perukę.
Zalecenia od lekarza po pierwszej chemii: „stosować skuteczną antykoncepcję, powstrzymać się od spożywania papierosów, alkoholu i… grejpfrutów”. Dodatkowe wytyczne od pielęgniarek, m.in. nie nitkować zębów, bo grozi to krwawieniami.
Parę dni po pierwszej chemii odebrałam wynik badania PET, w zaklejonej kopercie, ale nie miałam odwagi go otworzyć. Bałam się, że przerzutów będzie więcej niż wykryła tomografia. Dopiero dzień przed drugą chemią mąż w tajemnicy przede mną zajrzał do opisu PET, przeczytał, przyszedł i powiedział, że nic więcej nie ma! „Liczne” przerzuty do wątroby według tomografii, PET wykazał jako cztery. Co ciekawe, były nieco mniejsze niż w tomografii. Podobnie było w guzem w piersi: na USG dwa dni porodzie 6x7 cm, a miesiąc później w badaniu PET (które odbyło się przed rozpoczęciem chemioterapii) wyszło 43x21 mm. Pierś była badana w PET po minięciu nawału, więc naturalnie guz też wyszedł mniejszy. W serii tragicznych wiadomości był to pozytyw, więc cieszyliśmy się, jak nie wiem co.
Całość jednak nadal wyglądała fatalnie. Byłam w IV stadium raka, który rozwinął się od zera w kilka miesięcy, w leczeniu paliatywnym, tzn. takim, którego intencją nie jest wyleczenie, a przedłużenie życia. Kiedy mimo podawania leków choroba postępuje, tzn. jest progresja (a prędzej czy później jest), to znaczy, że rak uodpornił się już na dany lek i trzeba przejść na kolejną linię leczenia, aż do wyczerpania wszystkich opcji. Potem – zgon. Onkolożka wyjaśniła też, że w mojej sytuacji celem jest czasowe zahamowanie rozrostu przerzutów. Gdy zapytałam, czy ich zmniejszenie też, odpowiedziała, że to raczej wątpliwe – a nawet jeśli, to „prędzej czy później rak wróci”. Piersi się nie operuje, bo nie poprawia to rokowań. Było mi smutno, że nie będzie operacji. Cdn. by @igzwro
8
11 hours ago
Download
Część 9. Pierwszej nocy po chemii czułam w mięśniach, jakby łapało mnie na grypę. Następnego dnia bardzo się pociłam, a pogoda nie pomagała: początek września 2024 był upalny. Dosłownie krople potu spływały po moim ciele. Miałam światłowstręt, czułam się trochę jak na kacu, choć było i tak lepiej niż to sobie wyobrażałam. Nie wymiotowałam po chemii (ani wtedy, ani nigdy później). Podczas wlewów dożylnie w szpitalu dostaje się leki przeciwwymiotne, a do domu inne w tabletkach, a także leki przeciwbiegunkowe, które należy brać w razie potrzeby.
Dzień po chemii mąż podał mi wspomniany już zastrzyk Pelgraz, którego skutków ubocznych nawet nie czytałam: i tak musiałam w to iść, nie miałam wyboru. Dopiero po zakończeniu chemii mąż mi powiedział, że w ulotce przeczytał, że skutkiem ubocznym może być np. pęknięcie śledziony. Nie czułam wspomnianego przez moją onkolożkę rozpierania w kościach. Po paru dniach zaczął kapać mi z nosa wodnisty katar, a oczy zaczęły łzawić – chemia uszkadza śluzówki. Tak było przez całą chemioterapię, a zaplanowano mi 6 cykli co 3 tygodnie.
Na pierwszym spotkaniu onkolożka powiedziała, że w czasie chemioterapii mogę nie być w stanie opiekować się niemowlakiem, co mnie bardzo poruszyło. A jednak za dnia normalnie zajmowałam się parotygodniową córeczką. To był dla niej kiepski czas z powodu nagłego odstawienia od piersi. Przez około tydzień płakała więcej niż zwykle, a ja razem z nią, szukała piersi, przyzwyczajała się do butelki, do mleka modyfikowanego. Po jednym bolał ją brzuch, trzeba było próbować z innym, masować brzuszek… Trudna była też rozłąka na noc: ustaliliśmy z mężem, że po chemii muszę się wysypiać, żeby organizm się regenerował. Brałam nasenne leki od psychiatry i dosłownie odpływałam, a mąż przez cztery miesiące spał z córeczką w drugim pokoju.
Po dwóch tygodniach zaczęły mi wypadać włosy. Zorientowałam się, ściągając gumkę, a wraz z nią pełno włosów. Wpadłam w panikę, że to naprawdę się dzieje, biegałam po domu bez celu. Parę dni później włosy były już dosłownie wszędzie. Cdn. by @igzwro
43
3 days ago
Download
Część 8. Po porannych badaniach odbyła się wizyta u chemioterapeutki (dołączył do mnie mąż), podczas której powiedziała, że za około 2 tygodnie stracę włosy oraz wyrzuciła z siebie całą listę skutków ubocznych chemioterapii. Dodała, że dzień po chemii muszę wziąć zastrzyk na pobudzenie krwinek czerwonych w szpiku kostnym (Pelgraz) po którym „pacjenci czują się gorzej niż po samej chemii”, że będzie uczucie „rozpierania w kościach”.
Poszłam na oddział chemioterapii dziennej, dostałam hydroksyzynę na uspokojenie od pielęgniarek... Sala była liczna, ok. 12 zajętych leżanek, przez wenflon (nie proponowano mi portu) podłączono mnie do kroplówek z terapią celowaną (pierwsza dawka tzw. nasycająca, czyli podwójna) – pertuzumabem (Perjeta) oraz chemią (docetaksel). Drugi lek terapii celowanej, trastuzumab (herceptynę), dostałam w zastrzyku w nogę. Po jakimś czasie pielęgniarki udostępniły mi drugą, pustą salkę, gdzie spędziłam czas z przyjaciółką i laktatorem odciągając mleko, które potem z żalem musiałam wylać do umywalki.
Większość pacjentek z rakiem piersi była na chemii przed- lub pooperacyjnej i wiele osób pytało mnie, czy ja już po, czy przed operacją. Było mi przykro, że ja na żadnej z nich – tylko na paliatywnej. Mało raków piersi diagnozuje się od razu w stadium IV i mało kto wie, że wtedy nie robi się w ogóle operacji.
Kiedy ja poszłam na chemię, onkolożka wezwała męża na rozmowę. Nie zmieniła zdania co do rokowań i dosadnie mu wytłumaczyła, że niedługo umrę i że na następnej wizycie da mi skierowanie do hospicjum domowego. I mąż i lekarka w trosce o mój stan psychiczny bali mi się powiedzieć o tym wprost, więc ustalili, że w razie moich pytań – mąż powie, że rozmawiali, czy zniosę zapis „leczenie paliatywne” w wypisie ze szpitala. Na hospicjum mąż miał mnie przygotować w domu, tłumacząc, że ma to być taka pomoc w znoszeniu trudów chemioterapii.
Parę dni później pojechaliśmy, żeby zapisać mnie do hospicjum domowego. Ja z naszą parotygodniową córeczką zostaliśmy w samochodzie, formalności wszedł załatwiać mąż… Cdn. by @igzwro
43
9 days ago
Download
Część 7. Mój stan psychiczny pogarszał się na tyle, że już tylko leżałam i płakałam, wstawałam nakarmić córkę piersią jak automat, planując oddanie jej mojej przyjaciółce na wychowanie. Mąż mówił, że „przecież ja jeszcze żyję”, ale już sam ogarniał starszą córkę, która poszła właśnie do 1. klasy. Ja wybuchałam płaczem na widok starszej córki, bo wtedy łamało mi się serce, że zostanie bez mamy. O spaniu nie było mowy, 3 godz. na dobę to był maks, nad ranem budziłam męża i cały dom ledwo funkcjonował. Wtedy mąż umówił kolejną wizytę u psychiatry. Odbyła się u mnie w domu, lekarka mieszkała na tym samym osiedlu. Tym razem zdiagnozowała „epizod depresyjny” i dostałam leki przeciwlękowe oraz nasenne, po których zaczęłam w końcu spać na tyle, na ile córka pozwalała.
Mąż nigdy nie uwierzył w prognozę mojej onkolożki i już tamtego dnia, kiedy dostałam czarne prognozy, mówił mi przed szpitalem, że wie z badań naukowych, że są ludzie, którzy z tego wychodzą i że będę jedną z nich. Nie potrafiłam rozmawiać z ludźmi i opowiadać o mojej sytuacji zdrowotnej, rokowaniach dlatego wyłączałam telefon…
Nadszedł dzień pierwszej chemii, 4 września 2024. Wstałam nad ranem i nakarmiłam córkę piersią po raz ostatni, spakowałam laktator. Po podaniu chemii nie mogłam już karmić piersią, odciągnięte mleko trzeba było wylewać i wygaszać laktację, by nie doszło do stanu zapalnego piersi. Miałam stawić się w szpitalu na 7:00 rano. Przyjechałam z przyjaciółką. Przed chemią standardowo odbywa się badanie krwi i wizyta u kardiologa. Kładąc się na kozetkę u kardiolożki, mówiłam że jestem 5 tygodni po porodzie, że mam raka piersi i z kapiącymi łzami dodałam, że jest rozsiany. Wtedy ona przekonującym tonem odpowiedziała: „za rok nie będzie rozsiany”. Ja wtedy bardzo potrzebowałam takich słów. Wiem, że pacjenci onkologiczni nie lubią, jak się im tak mówi – mi to pomagało, na chwile wyciągało mnie z tej rozpaczy. Dając mi wyniki USG serca, kardiolożka powiedziała jeszcze parę pocieszających słów, była bardzo empatyczna. Cdn. by @igzwro
26
11 days ago
Download
Część 6. Wyszłam z wizyty w ciężkim stanie psychicznym. Ostatecznie nocowałam u koleżanki, nie w hotelu, z obawy o zostanie samej. Noc była straszna, nie spałam, płakałam, koleżanka mnie pocieszała, wydzwaniałam do rodziny zrozpaczona nad ranem. Po tej rozmowie moje życie zamieniło się w potworny ból istnienia.
Wróciłam do domu następnego dnia, w sobotę. Tego dnia zadzwoniła do męża onkolożka zmartwiona moim stanem psychicznym, chyba z wyrzutami sumienia, że była dla mnie zbyt brutalna. Wyraziła żal, że wczorajsza rozmowa potoczyła się w ten sposób, Wyjaśniła, że była po wielu godzinach pracy (felerna wizyta odbyła się w piątek po 17:00) oraz że myślała, że chirurg-onkolog już wcześniej nas poinformował o przerzutach. Powiedziała, że będzie to dla niej lekcja na przyszłość.
Pod poprzednim wpisem pojawiło się trochę nieprzychylnych komentarzy pod adresem tej lekarki. Myślę, że ten telefon z soboty pokazuję jednak jej empatię. Znalazłam się też pod jej dobrą opieką w sensie medycznym: ta lekarka umówiła mnie do psychiatry (na leczenie przeciwlękowe), zaoferowała, że zorganizuje ginekologa w szpitalu (byłam jeszcze w połogu), zadbała o leki na zatrzymanie laktacji (z których nie skorzystałam) i wydzwaniała do innego szpitala, by szybko zrobili opis PET. 
Pojechałam do szpitala w którym rodziłam podziękować lekarzowi, który wykonał cesarkę oraz młodej ginekolożce dr W., którzy zorganizowali mi szybką diagnostykę raka. 
Odbyłam też wizytę online (z braku czasu) z psychiatrką, którą umówiła mi onkolożka. Po włączeniu kamery okazało się że, znamy się z osiedla, a nasze dzieci chodziły do tego samego przedszkola. Zapytała: „Iwona, to ty?”. Miała dane od mojej onkolożki, że zgłosi się pacjentka świeżo po porodzie, w IV stadium raka piersi, z przerzutami do wątroby… Tylko nie znała mojego nazwiska. Stwierdziła, że mój stan nie jest jeszcze najgorszy i zaleciła tylko nasennie hydroksyzynę. Ale mój stan pogarszał się z każdym dniem do tego stopnia, że nie byłam w stanie wstać z łóżka, umyć się, jeść ani spać.
Cdn. by @igzwro
27
16 days ago
Download
Część 5: 31 sierpnia 2024 rano pojechałam na badanie PET do innego szpitala. Po nim znów nie mogłam zbliżać się przez dobę do dzieci i miałam nocować w hotelu, sama. Tego samego dnia o 17:00 miałam też wizytę u chemioterapeuty. Przyjęła mnie lekarka mniej więcej w moim wieku, może młodsza. 
Tuż po wejściu zapytałam:
– Czy potwierdziły się przerzuty do wątroby?
– Tak, ma pani liczne przerzuty do wątroby. Jest też podejrzenie przerzutów do kości krzyżowej. 
– Mam ze sobą wyniki scyntygrafii, jest czysto! Wg opisu ta niejasna zmiana krzyżowa jest zmianą obciążeniową, a nie przerzutową...
– To rozstrzygnie PET. 
Zaczęła się rozmowa o leczeniu: 
– Nie wyleczymy pani.
– Jak to, umrę?!
– Tak.
– Kiedy? 
– Od kilkunastu miesięcy do paru lat.
Wybuchłam panicznym płaczem, wstałam z krzesła i zaczęłam chodzić w kółko, zadając mnóstwo pytań, niektóre powtarzając jak w jakimś amoku. Moje myśli krążyły już tylko wokół grobu.
– Ale czy ma pani jakąś pacjentkę, która żyje z takim rakiem z przerzutami latami?
– Jedną, żyje 7 lat... Ale to rzadkość... A więc wdrożymy leczenie paliatywne...
– Jak to paliatywne? Nie dostane chemii? 
Myślałam, że „paliatywne” oznacza, że dostaje się tylko leki przeciwbólowe i do hospicjum. 
– Dostanie pani chemioterapię paliatywną i terapie celowaną. Nie będzie operacji. 
– Jak to nie będzie operacji? 
– To już nie pomoże jak są przerzuty odległe.
Chodząc w kółko i płacząc powiedziałam do lekarki:
– Ale ja nie mogę umrzeć, przed chwilą urodziłam dziecko (byłam 38 dni po porodzie)
– Wiem.
– Mam jeszcze drugie siedmioletnie...
Mąż siedział z głową w dole, widziałam, że i on dostał policzek w twarz. Wcześniej naczytał się badań naukowych o podtypie HER2+ i był optymistyczny nawet w przypadku przerzutów. Aż w końcu powiedział:
– Żona chciałaby usłyszeć, ze będzie leczona jak w chorobie przewlekłej. 
Lekarka z politowaniem odmruknęła twierdząco – ale po minie widać było, że nie wierzyła w taki scenariusz. Kazała zgłosić się na chemię za 4 dni. Na koniec rzuciła na pocieszenie:
– Matki mają moc.
Cdn. by @igzwro
74
19 days ago
Download
Część 4. Po jakimś czasie zadzwoniła z onkologii koordynatorka, że jest wynik biopsji. Umówiliśmy się na wizytę do chirurga onkologa po odbiór. Chirurga, bo na początku był plan na operację, jak to się standardowo dzieje we wczesnych (I-III) stadiach raka piersi. Przypuszczałam jaki będzie wynik, zapytałam czy to rak, lekarz odpowiedział, że tak: zarówno w piersi jak i w węźle. Podtyp HER2+, estrogen+, progesteron+: potrójnie dodatni. Stwierdził: „upasiony na hormonach ciążowych”. Nawet nie płakałam. Lekarz powiedział, że muszę odstawić córkę od piersi kiedy rozpocznę chemię (cały czas karmiłam jedną piersią). Zasmuciło mnie to, ale szybko doprowadził mnie do pionu słowami, że muszę się zastanowić, czego bardziej dziecko teraz potrzebuje: „mleka matki czy żywej matki?”. Jako że było podejrzenie przerzutów do wątroby, dostałam skierowanie na tomografię jamy brzusznej i klatki piersiowej, scyntygrafię kości i PET. Dobrze, że pod koniec ciąży zrobiono mi rezonans magnetyczny głowy, to chociaż było wiadomo, że mózg czysty. Na scyntygrafię pojechałam z bratem, po niej zgodnie z wytycznymi nie mogłam się zbliżać do dzieci przez dobę, ponieważ byłam czasowo radioaktywna. Musiałam nocować w hotelu, sama. Poszłam też na tomografię jamy brzusznej oraz klatki piersiowej.
Nie odbierałam wyników tomografii, gdyż myślałam, że zostaną mi przedstawione przez onkologa klinicznego (chemioterapeutę) na spotkaniu w sprawie omówienia chemii, jak wtedy myślałam, przedoperacyjnej... 
W międzyczasie odebrałam wynik scyntygrafii. To badanie było wykonywane w innym szpitalu i musiałam je dostarczyć do szpitala, w którym miałam się leczyć. Stres był okropny przy odbieraniu wyniku, ale kości czyste! Płakałam ze szczęścia. 
Na 31 sierpnia 2024 miałam zaplanowany PET. Dzień wcześniej zadzwoniła koordynatorka, że mam się zgłosić na wizytę u chemioterapeuty… Jak się okazało – nieszczęsną.
Cdn. by @igzwro
14
25 days ago
Download
Część 3. W wypisie ze szpitala wpisano „ropień?” (dla uspokojenia mnie?), o wymiarach 6x7cm! Podczas biopsji onkolog od razu powiedział, że jego zdaniem to nie jest łagodny guz. Założyli mi kartę DILO. Po biopsji lekarz dał skierowanie na USG piersi (które to już?), RTG klatki piersiowej oraz USG jamy brzusznej. Wszystkie badania odbyły się w ciągu kilku dni, przy każdym córeczka była obok (przy biopsji też). Podczas USG radiolożka też mówiła, że to nie wygląda na łagodny guz, że widzi zwapnienia, węzeł chłonny też patologiczny. Rentgen klatki piersiowej – czysty, uff. 
Na USG jamy brzusznej weszłam sama, mąż i córeczka za drzwiami. Lekarz długo jeździł głowicą po brzuchu, nic nie mówiąc, aż w końcu sama zapytałam czy wszystko jest OK. Usłyszałam: „coś znalazłem na wątrobie”... Poproszono mnie o wyjście, wyszłam z płaczem i mówię do męża, że chyba znaleziono przerzuty. Lekarz wyszedł i wręczył mi kartkę na której napisał „podejrzenie meta do wątroby”. Zapytałam, co to znaczy „meta”? Czy to podejrzenie przerzutów? Doktor drżącym głosem i z litością w oczach odpowiedział: „tak”. Dodał, że nie ma pewności i że widział w swoim życiu już takie guzy, które okazały się łagodnymi, zostawiając mi cień nadziei. 
Cały czas karmiłam córeczkę jedną piersią. W końcu wróciliśmy do domu po porodzie, oczekując na wynik biopsji. W domu okazało się, że córeczka bardzo się krztusi podczas jedzenia, umówiłam prywatną doradczynie laktacyjną na wizytę domową na następny dzień. W nocy mało wybudzałam Laurę na karmienie, praktycznie całą noc płakałam. Rano nie mogłyśmy dobudzić córki, kiedy w końcu obudziła się i jadła to tak bardzo się dławiła i siniała, że doradczyni laktacyjna kazała wracać do szpitala. W szpitalu znów spędziłyśmy kilka dni, teraz personel mówił o mnie „pacjentka z nowotworem” (podczas gdy na onkologii byłam „pacjentką z noworodkiem”). Z córeczką okazało się OK, stwierdzono, że niedojrzały układ pokarmowy dopiero uczy się jeść. Wróciłyśmy do domu oczekując na wyniki biopsji. 
Cdn. by @igzwro
20
a month ago
Download
Część 2: Po 10 dniach wypisano mnie z informacją, że w szpitalu nie ma oddziału neurologicznego i mam na własną rękę wykonać rezonans magnetyczny głowy, w ciągu tygodnia załatwić opis, a następnie wrócić na poród – w zależności od wyniku rezonansu – naturalny lub cesarkę. Paradoks: szukano mi guza w głowie, żeby wytłumaczyć zaburzenia widzenia, podczas gdy guz w piersi dałam jak na tacy... Udało się załatwić w prywatnej przychodni rezonans głowy wraz z opisem: wyszły „malformacje żył czołowych”. To i prognozowana waga dziecka (4,3 kg) zadecydowały, że skierowano mnie na cesarkę, którą wykonano 24 lipca. 
Tuż po porodzie zorientowałam się, że nie mogę przystawić córki do piersi, ponieważ brodawka schowała się do środka. Powiedziałam o tym lekarzowi, który wykonał cesarkę. Jak to ujął, „struchlał”, gdy to zobaczył, powiedział „to nie jest zatkany kanalik mleczny, wygląda jak nowotwór”. Każą zgłosić się na onkologię. Słysząc to byłam sama z noworodkiem. Potem zajmowała się mną młodsza ginekolożka, dr W., po której minie wywnioskowałam że nie jest dobrze. Była bardzo przejęta, zbadała palpacyjnie węzły pachowe, co jeszcze bardziej ją zaniepokoiło. 
Karmiłam córkę jedną piersią, i to skutecznie, mimo mojej ruiny psychicznej. Na noc dostałam hydroksyzynę na uspokojenie, córkę zabrały do siebie po ostatnim karmieniu położne. Rano zrobiono kolejne USG piersi. Radiolożka stwierdziła, że to może być ropień. Widziała też powiększony węzeł chłonny, ale potem stwierdzono, że węzeł chyba jest w normie. W nawale pokarmu guz był rozciągnięty i twardy jak kamień. Dr W. przyszła do mojego łóżka, nachyliła się do mnie i powtarzała raz po raz, że mam jeszcze dziś jechać na biopsję piersi na onkologię, że wszystko zorganizowała telefonicznie. Powtarzała kilkukrotnie, że to ma być nie jutro, nie pojutrze – ale dziś, prosto z porodówki, do godziny 14:00. Dostałam karteczkę z instrukcją do kogo i gdzie się zgłosić na biopsję. Zapytałam jej czy umrę? Odpowiedziała, ze nie. Dwie doby po cesarce pojechałam na biopsję.
Cdn. by @igzwro
21
a month ago
Download
Dokładnie dziś mijają 2 lata od pierwszej chemii. Z okazji tej rocznicy chciałabym podzielić się swoją historią.

Zachorowałam na raka piersi w trakcie mojej drugiej ciąży, w wieku 38 lat.

Na początku grudnia 2023 dowiedziałam się że jestem w ciąży... 20 grudnia miałam USG piersi u radiologa: CZYSTO, BIRADS1. Dosłownie 1,5 m-ca później, w 3. m-cu ciąży (3 lutego 2024) wyczułam guza w lewej piersi. Natychmiast zadzwoniłam do prywatnej przychodni umówić się na wizytę z położną. 5 lutego 2024 odbyła się teleporada (brak miejsc stacjonarnie). Położna przypuszczała, że ruszyła laktacja, zaleciła jakieś okłady oraz powtórzenie USG piersi. 9 lutego miałam wizytę u ginekologa prowadzącego ciążę i pokazałam mu guza. Ten przyłożył głowicę USG do piersi i stwierdził, że „to nic takiego”, może laktacja. W dokumenty wpisał, że „pacjentka zgłosiła nagle narastający guz w piersi, w obrazie USG wygląda jak tkanka gruczołowa”. Wyszłam spokojna, że nie ma się czym martwić, powtórka USG piersi zaliczona, a robił je nie byle kto: ówczesny zastępca kierownika oddziału ginekologiczno-położniczego dużego szpitala we Wrocławiu, gdzie planowałam poród. Ba, nawet się cieszyłam, że tak wcześnie ruszyła laktacja, bo będzie czym wykarmić córkę. Guz powiększał się, powodując dyskomfort...

W ostatnim trymestrze zdecydowałam się oficjalnie wykupić usługę indywidualnej położnej. Spotkałyśmy się w centrum handlowym podpisać umowę: koszt to 1500 zł. Pokazałam położnej „laktacyjnego guza” i zapytałam, czy to normalne, że mam tak bardzo zatkany kanalik mleczny. Położna odpowiedziała, że skoro lekarz robił USG piersi, to wszystko jest w porządku; że po porodzie wezmę laktator i rozbije go… Teraz nie można, bo wydzielająca się podczas odciągania oksytocyna może przyspieszyć poród...

W 9. m-cu ciąży dokuczały mi zaburzenia widzenia, z powodu których ginekolog skierował mnie do szpitala. Tam spędziłam 10 dni. Położnym również wspominałam o „guzie laktacyjnym”, również usłyszałam, że skoro widział to lekarz na USG – to wszystko jest OK. by @igzwro
28
a month ago
Download
Wrzućcie w Chata GPT pytanie: "Ile żyje się z rozsianym rakiem piersi?" i dostaniecie odpowiedź, od której włos się jeży na głowie. Zawsze pada słowo "mediana" i pewna liczba lat. Zwykle wyrażona jedną cyfrą.
W 1985 r. ukazał się (dość znany w świecie anglosaskim) artykuł pt. "The Median Isn't the Message" (co można przetłumaczyć: "Mediana nie jest tym, co najważniejsze"), którego autorem był amerykański naukowiec Stephen Jay Gould. Opisał swoją historię i refleksje. 
Chorował na międzybłoniaka otrzewnej, w którym mediana przeżycia w owym czasie wynosiła 8 miesięcy. W wypadku choroby Goulda mediana oznaczała, że połowa pacjentów umierała przed upływem 8 miesięcy. Ale druga połowa żyła dłużej. I z wartości mediany wcale nie jest da się wyczytać, jak długo. Nie jest to wcale 16 miesięcy, jakby mogło się wydawać na pierwszy rzut oka. Pojedynczy pacjenci żyją wielokrotnie więcej, a niektórzy bywają wyleczeni: Gould zachorował w 1982 r., a zmarł 20 lat później z zupełnie innego powodu. Żył 30 razy dłużej, niż mediana.
Mediana to po prostu narzędzie, które używane jest przez onkologów m.in. do oceny skuteczności leków przeciwnowotworowych. George Johnson w książce "Kroniki raka" medianę przeżycia porównał do komety. Środek jasności komety wydaje się być skupiony w jądrze komety, jasnym centrum, pośrodku jej najjaśniejszego punktu. Jednak za kometą się ciągnie długi, delikatny warkocz. I ten warkocz to ta mniejszość pacjentów, którzy żyją bardzo długo po druzgocącej diagnozie i jakoby wyroku śmierci.
W obecnych czasach, zwłaszcza dla rozsianego raka piersi HER2+ i nowoczesnych terapii celowanych, analogia ta wydaje się jeszcze bardziej trafna. Mediana przeżycia dla HER2+ z badania CLEOPATRA to 4,75 roku. Ale całe badanie, czyli 8 lat, przeżyło 37% chorych. Warkocz komety jest bardzo jasny i długi - i z każdym rokiem staje się dłuższy i jaśniejszy!
Wszystkim nam życzę, byśmy trafiły do tego warkocza komety; abyśmy cieszyły się długim życiem mimo ciężkiej choroby. by @igzwro
2
4 months ago
Download
Wszystkie wiemy, że leczenie choroby nowotworowej kosztuje fortunę. Szczęśliwie, NFZ refunduje w programach lekowych większość najważniejszych leków na rozsianego raka piersi. Ale one kosztują - a ceny można zobaczyć na wyszukiwarce leków (np. www.sluzbazdrowia.com.pl). 

Rak piersi HER2+
- trastuzumab, pertuzumab (Phesgo) - 21064,32 zł
- trastuzumab deruxtecan (Enhertu) - 8587,94 zł
- trastuzumab (Herceptin) zastrzyk - 7340,46 zł
- trastuzumab emtanzyna (Kadcyla) - 6169,90 zł
- trastuzumab (Herzuma) do infuzji - 2150,85 zł
- docetaxel - od 34,34 zł do 457,92 zł

Rak ER+
- abemacyklib (Verzenios) - 10461,18 zł
- goserelina (Reseligo) 3,6 mg - 172,92 zł
- letrozol (Letrozole Bluefish) - 55,90 zł

Rak potrójnie ujemny:
- pembrolizumab (Keytruda) - 14927,60 zł
- olaparib (Lynparza) - 8528,21 zł
- sacytuzumab gowitekan (Trodelvy) - 4041,14 zł

Każdy z tych leków trzeba podawać regularnie, np. roczna terapia Phesgo (podanie co 3 tygodnie) to 366 117,94 zł. Warto o tym pamiętać - nasze państwo naprawdę na nas nie oszczędza! by @igzwro
4
4 months ago
Download
×

Download all media on this page

Photos Videos
back to up